Mój szwagier ma przyjaciela, który jest Amerykaninem z morawskimi korzeniami. Ów Amerykanin , kiedy przyjeżdża do Europy, obowiązkowo odwiedza dwa miejsca – Pragę i Szczecin. A w związku z tym, że ma czeskie koneksje ( przyjaciele przyjaciół) i polskie hobby ( lubi wypić) co jak co ale knajpy w Pradze zna doskonale. Ostatnio, przy okazji jego wizyty w Szczecinie, postanowiliśmy zatem wybrać się do Pragi.
Ze Szczecina do Pragi jedzie się jakieś cztery – piec godzin (oczywiście przez Niemcy).
Na miejscu szybko zrzuciliśmy bagaże w hotelu i udaliśmy się na … zwiedzanie. Nie będę Wam opowiadać co dokładnie zwiedzaliśmy, bo od tego są przewodniki. Jednak dla tej historii jedno ma znaczenie, to mianowicie, że na Hradczany udaliśmy się tramwajem. Do tego tramwaju wsiadło po dwóch osobników płci męskiej i płci żeńskiej z psami. I nagle w tramwaju zaczęło okropnie, ale to okropnie śmierdzieć. I to bynajmniej nie od psów. Psy akurat, były prześliczne. Jak się później okazało służyły to wzruszania ludzkich serc, kiedy to owi osobnicy zbierali na alkohol. Żeby było jasne… ci osobnicy mieli po jakieś 30 lat, więc trudno uznać, że byli to biedni bezdomni. Byli to, jak słusznie zauważył Tom, który całkiem nieźle włada językiem polskim – ŻULE.
Nie będę ukrywać, że bardzo wzruszyło mnie oglądanie turystycznych atrakcji. To, co z turystycznych atrakcji Pragi jest najznakomitsze to …. czytanie plakatów ( czeski potrafi mnie rozśmieszyć do łez np.: Narodni Divadlo – tłumaczenie dla Toma -w Polsce przykładem Narodowego Divadla jest nasz prezydent) i …… no tak, degustacja… ( szeroko pojęta) .
Zatem po szybkim ‘oblukaniu” co ważniejszych hradczańskich zabytków udaliśmy się do wskazanej przez Toma knajpy. Knajpa , nazywa się U Hrocha ( mieści się na ulicy Thunawskiej). Jej godłem jest hipopotam. Z tego też względu hipopotamów w tej knajpie pod dostatkiem. Jednak co mi się bardzo spodobało , wisi tam także portret Franciszka Józefa. W knajpie przesiadują głównie miejscowi, o bardzo różnych profesjach. Ponoć czasami wpada tam prezydent. Prezydent Czech . Klimat niesłychanie swojski i na dodatek (absolutnie nie wiem dlaczego) kojarzący mi się z Czechami właśnie. Absolutnie w złym guście, jest tam wpadanie na „jedno piwo” ( w każdym razie w dosłownym tego słowa znaczeniu). Pan kelner, przypominający ( ach, te czeskie skojarzenia) – Rumcajsa, chciał Tomkowi zabrać zegarek, kiedy ten pokazał mu, że nie mamy zbyt dużo czasu. Z drugiej strony, pan kelner, całkiem poważnie, chciał ze mną pić wódkę, kiedy stwierdziłam, że …. nie przepadam za piwem. W knajpie siedzi się przy drewnianych stołach, ale co charakterystyczne nie jest tak, że stolik jest „przypisany” do określonych gości. Skoro miejsc jest np.: sześć a siedzą przy nim trzy, kolejne wchodzące osoby po prostu siadają przy WASZYM stoliku. Nam przytrafił się ojciec z (tak na oko) może 16 – letnim synem, którzy zgodnie, nawet z pewnym namaszczeniem wychylali po dużym kuflu. U Hrocha jest stosunkowo niedużą knajpą. Dlatego później udaliśmy się do knajpy dużej. ….
Nazywa się u Fleku. Jeśli chcecie zapamiętać adres, to Tomek ( po kilku piwach) cały czas podkreślał, że musimy się udać, na ulicę Smetanową ( piwo z rana jak śmietana)… i w zasadzie skojarzenie całkiem, całkiem bo U Fleku mieści się na … Kremencovej . Lokal, jako się rzekło jest duży, zapełniony gośćmi, ale miejsce powinniście znaleźć . Piwa się nie zamawia. Nie zamawia w tym sensie, że kelner non stop przynosi piwo gdy tylko widzi opróżniony kufel, drugi kelner przynosi becherowkę i na kartce stawiają kolejne kreski. Nie tłumaczcie, ze nie chcecie Becherowki, bo to nie ma sensu. Zresztą, sami dojdziecie do wniosku, że piwo z Becherowką U Fleku jest genialne. Dla miłośników historii dodam, że lokal ten funkcjonuje gdzieś tak od XV wieku. Dla zakupoholików – że prowadzi sklep z własnymi pamiątkami, a dla miłośników piwa, że piwo jest z ich własnego browaru. Sami rozumiecie, że na tym nasza wycieczka się nie skończyła…
Udaliśmy się do kolejnej knajpy, której adres i nazwę powiem wam, dopiero kiedy znowu spotkam się z Tomem, ponieważ absolutnie nie mogę sobie przypomnieć ani gdzie się ona mieściła ani jak się nazywała ( hmmm ciekawe dlaczego). Jednakże, (co istotne) tam bardzo, bardzo brataliśmy się z miejscowymi. Nie wiem czy to jakiś lokalny zwyczaj, ale każdy miejscowy kiedy słyszał, że jestem z Polski stwierdzał : aaaaaaa… jeszcze Polska nie zginęła !!!! ( Proszę bardzo, czy ktoś z was zna słowa CZESKIEGO HYMNU NARODOWEGO???!!!). Dostaliśmy nawet prezent. Płytę RAMMSTEIN. To znaczy, na pewno dostaliśmy OKŁADKĘ od tej płyty. A czy płyta była w środku kiedy ją dostawaliśmy pozostanie dla nas zagadką. W pewnym momencie byliśmy tak zbratani, że wywiązał się następujący dialog:
Ja: a byłeś kiedyś w Polsce?
Miejscowy: w Polsce? Ja? Nie…
Ja: No to przyjedź!
Miejscowy: samolotem ( charakterystyczny ruch lotu samolotu i lądowania)
Ja: Nie, noooo samochodem przyjedź
Miejscowy: Ja ?????!!!! ( totalne zdumienie) ja nie mam samochodu !!!
Ja jestem ŻULIK !!!!
Żebyście nie myśleli, że w Pradze można wyłącznie pić piwo, to wam jeszcze powiem, że że można też na przykład zajadać się knedliczkami z gulaszem. Do piwa- jak znalazł